| |||||
|
Historia należy do dyscyplin permanentnie wykorzystywanych jako kopalnia argumentów w sporach ideologicznych. W najgorszym przypadku prowadzi to do odwrócenia ról i ideologia przestaje stać obok historii czerpiąc z niej niczym pasożyt. W pogoni za uzyskaniem racji za wszelką cenę przenika do jej wnętrza. Rozpoczyna proces przekształcania i dostosowania nauki historycznej - wysysa z niej dążenie do uzyskania obiektywnego i wszechstronnego obrazu przeszłości. Narzędzia historyka zastępowane są pseudo-aparatem badawczym, implikującym odpowiedzi, założenia światopoglądowe w warsztacie pracy. To nie fakty są już zagrożone, ale sama próba dotarcia do nich poprzez analizę źródeł. Jeśli przykładowo, jeśli postawi przed historią jakiś cel, to wszystkie procesy dziejowe będą analizowane jako skierowane ku niemu. Czy można sobie wyobrazić większe spustoszenie? Zdziwienie, poczucie zagadki, podróży w nieznaną krainę, którą trzeba poznać a w tym celu jej się nauczyć, tak jak celem poznania kraju przyswaja się jego język, wszystko to znika całkowicie. Nawet, jeśli pozostanie uznanie kilku faktycznych motorów wydarzeń, to redukcja taka zrodzi jedynie karykaturę przeszłości. Wśród wielu minionych wydarzeń poszukuje się mogących poprzeć określone stanowisko w sporach dnia dzisiejszego. W wydaniu prymitywnym jest to prosty selektywizm. Dużo gorzej rzeczy się mają, gdy historyk napotyka na fakty, których sprzeczność z jego przekonaniami bije w oczy. Wyjściem staje się znalezienie interpretacji pozwalającej uniknąć sprzeczności, a nawet wykazać jej pozorność. Z dziedziny wyników pracy historyka osobiste przekonania przenikają do jego warsztatu. To, od początku uznano za prawdziwe i co historia miała ,,tylko” udowodnić poprzeć podanie przykładów, przenika do aparatu badawczego. Otóż podczas pracy z tekstem odpowiada się na postawione mu pytania korzystając z metod weryfikacji zawartych tam danych. Wyodrębnia się w nim różne warstwy, określa manierę stylistyczną i gatunek literacki, oryginalne poglądy autora, oraz typowe dla jego środowiska. Rozgranicza się alegorie, aluzje i sformułowania dosłowne i przekłada ich znaczenie na język współczesny, by ostatecznie dotrzeć do faktów. Starając się oddzielić w tekście fakty, różnorodnej otoczki, w którą są przybrane, postępuje się jak konserwator zabytków, który usuwając z obrazu warstwy zanieczyszczeń stara się nie naruszyć farby. Jest to zadanie bardzo delikatne i wymagające ,,ascezy prawdy”, tak opisanej przez kard. Ratzingera: ,,Taka pokorna uległość słowu źródeł, taka gotowość wyzbycia się naszych sennych marzeń i posłusznego przyjęcia rzeczywistości jest podstawowym warunkiem prawdziwego spotkania. Spotkanie wymaga ascezy prawdy, pokory słuchania i patrzenia, co prowadzi do rzeczywistego widzenia.”[1] Prawidłowa interpretacja źródeł wymaga też umiejętności wyjścia poza nie same, umieszczenia ich w łańcuchach przyczyn i skutków, osadzenia w kontekście dziejowy, celem choćby poznania nieopisanych celów autora. Jeśli ideologia przyjmuje antropologię przypisującą ludziom określone motywacje, to opisany proces spowoduje szukanie tylko ich w motywacjach naszych przodków. Z góry decyduje się, co uznać, a czego nie uznać za prawdę. Przebudowuje więc proces poznawczy tak, by prowadził tylko do wybranych wniosków, uznawał tylko określony rodzaj faktów, a wszystko pozostałe ukazywał jako różnorodne dodatki, jako nalot konwencji literackiej, element propagandy. Jeśli jednak fakt pozostaje niemożliwy do zanegowania (bo np. potwierdzają go liczne przekazy, w ty pochodzące od osób, dla których inny przebieg zdarzeń byłby jednoznacznie korzystniejszy) dochodzi ponownie do wtargnięcia od początku przyjętych przekonań w sferę analizowania ,,kół dziejowych” historii, motywacji stojących za podejmowanymi decyzjami. Wielorakie ludzkie zamiary, pragnienia i cele zostają poddane obróbce, która niektóre z nich odrzuca jako nierealne. Efektem jest wyeliminowanie z treści przekazów źródłowych i z potencjalnych przyczyn wydarzeń dowolnie wybranego fragmentu rzeczywistości … czy można wyobrazić sobie większe spustoszenie? Przejdźmy do konkretnego przykładu naszkicowanego procesu. Będzie on opisem pustyni, czekającej do dziś na zatamowanie powodzi piasków, a ponowne użyźnienie gleby wielu obszarów, choć rozpoczęte tu i ówdzie, pozostaje cicho brzmiącym postulatem. W połowie XIX wieku pozytywistyczny światopogląd szwajcarskiego historyka Jacoba Burckhardta doprowadził go do przekonania, iż decyzje, na pozór religijne, nie są wcale wynikiem wiary, a za wyborami światopoglądowymi czy ideowymi stoją w rzeczywistości kalkulacje niższego rzędu.[2] To one leżą u podstaw rzekomo idealistycznych postaw, wykorzystywanych jako kostium przybierany dla zwodzenia tłumu. Toteż wielcy tego świata kierowali się socjologiczną i polityczną analizą podczas podejmowania decyzji. Takie postępowanie przedstawił w ,,Czasach Konstantyna Wielkiego”, przypisując imperatorowi instrumentalne, posługiwanie się sprawami boskimi. Opowiedzenie się po stronie chrześcijaństwa wynikało z prostego wyboru silniejszego sojusznika. Nowa religia przedstawiała się władcy atrakcyjnie bo zapewniała poparcie silnego i organizacyjnie i liczebnie Kościoła. Widać tu w sposób jaskrawy transpozycję dziewiętnastowiecznej metanarracji na charakterystykę postaci z IV wieku po Chrystusie. Ahistoryczne podejście Burckhardta zdeterminowało wyraźnie jego podejście do źródeł. Nie uznając nawrócenia cesarza Burckhardt podważył autentyczność jego pierwszego opisu z ,,O śmierciach prześladowców” Laktancjusza.[3] Podobnie potraktował list imperatora z 314 roku, w którym, poprzez przekonanie, iż Bóg zna jego myśli i serce dochodzi do głosu jego nowa wiara.[4] Dzieła Euzebiusza z Cezarei, wyjątkowo dobrze udokumentowane, Burckhardt uznał za niewiarygodną hagiografię, a autorowi zarzucił nikczemne myślenie. Odmowę autentyczności ,,Orędziu do zgromadzonych chrześcijan”, przekazanemu nam przez Euzebiusza, tłumaczył ,,zupełnie błędną logiką – tłumaczył mianowicie, że skoro autor dokumentu był chrześcijaninem, a Konstantyn chrześcijaninem nie był, nie mógł więc być autorem tego orędzia.” [5] Podobne przykłady można by mnożyć. W ten wykrystalizowała się metoda historyczna oparta o tzw. paradygmat burckhardtowski i stworzony jej rękami obraz dziejów. Nie ma w nim miejsca na sferę duchową, nie wspominając o przyznaniu jej decydujących wpływów. Świat składa się z tego, co wymierne i policzalne, wygrywa ten, kto jest lepszym matematykiem. Konsekwencją jest odrealnienie i rozbicie pracy historyka. Odrealnienie, bo na przeszłość spogląda przez sterylnie wypracowany schemat, gubiąc całą wielobarwność świata, przez co zawężono teren badań. Wyraźnym głosem protestu, przeciwko burckhardtyzmowi jest zeszłoroczna książka Philipa Karla Steelego poświęcona przyjęciu chrześcijaństwa przez Mieszka I. Autor prześledził wszystkie próby odkrycia przyczyn owego faktu dokonane z pozycji burckhardtowskich Nie wytrzymały prostej konfrontacji z faktami. Nie mogły wytrzymać, skoro żadna z nich nie chciała widzieć w Mieszku człowieka kierującego się motywami innymi niż polityczne i kulturalne. Nota bene, gdyby posługiwał się nimi, to w latach jego panowania powinien utrzymać pogaństwo, jako dlań najkorzystniejsze (podobnie Stefan Wielki winien wybrać Konstantynopol, nie zaś Rzym epoki saeculum obscurum). Nowa wiara bowiem nie osłaniała przed Cesarstwem, które w tym czasie państwu Mieszka najzwyczajniej w świecie nie zagrażało i utrzymywało z nim poprawne stosunki. Nie wzmacniała również pozycji księcia, napomnienia Św. Pawła o posłuszeństwie władcom nie mogły być autorytetem dla ówczesnych pogan. Stelle nie znalazłszy żadnego uzasadnienia decyzji władcy w tym, co ludzkie, zwrócił uwagę na to, co boskie. ,,Mieszko I, książę Polan, przyjął chrzest dlatego, że uwierzył w chrześcijańskiego Boga.”[6] Podobną hipotezę autor stawia pisząc o cesarzu Konstantynie: ,,nieporozumieniem jest argumentacja Burckhardta, który uważał, że Konstantyn chciał oprzeć swoją władzę na Kościele. Kościół-pojmowany czysto instytucjonalnie- był wówczas zbyt słaby, by odgrywać taką rolę.”[7] Bezstronne zastosowanie czysto strategicznej analizy obala dwa wielkie mity historyczne, oparte zawężeniu badań do doszukiwania się wszędzie uniwersalnej sprężyny dziejowej, jaką miało by stanowić wyrachowane działanie w duchu pozytywizmu. Dlaczego odpowiedź ta tak długo uparcie nie dopuszczana była choćby tylko jako opcja? Burckhardtowski sposób uprawiania historii dobrze łączył się z podejściem marksistowskim, z wykładnią materialistyczną. Engels interpretował chrześcijaństwo w kategoriach społeczno-politycznych, i ,,za wyższymi ideami dopatrywał się niższych pobudek.”[8] Oto typowy tekst reprezentujący to podejście: ,,Chrześcijaństwo Pawłowe nie było ideologią wydziedziczonych klas społecznych, lecz głównie klasy średniej. Ponieważ fałszywi prorocy głosili wśród niewolników, wyzwoleńców i ubogiej ludności ideologię apokaliptycznego mesjanizmu ziemskiego, Żydzi z klas średnich, a wśród nich Paweł, nie chcąc dopuścić do rewolty przeciwko władzy państwowej, propagowali uduchowioną wersję mesjanizmu (…) Warunki polityczne, a zwłaszcza klęska kolejnych powstań żydowskich, przyczyniły się do tego, że chrześcijaństwo Pawłowe zyskiwało na znaczeniu i ogarniało swym wpływem coraz to szersze kręgi chrześcijan, zwłaszcza w diasporze.”[9] Przyjęcie danego wyznania traktuje się tu jako uzależnione od jego stosunku do spraw wcale niezwiązanych z wiarą, takich jak przynależność klasowa, czy sytuacja polityczna. Uznanie wiary za kostium skrywający inne motywacje wpływa na zainteresowanie jej poznaniem – nie warto przecież zastanawiać szczególnie się nad czymś pozbawionym realnego znaczenia. Rzutuje to bezpośrednio na krąg zainteresowań badawczych. W jego centrum umieszcza się to, co ma znaczenie ekonomiczne, polityczne czy społeczne, formy ustrojowe, struktury organizacyjne i ekonomiczne, ich rozmieszczenie i liczebność. Wbrew pozorom uwagi te nie odnoszą się tylko do historii Kościoła i religii. W wypadkach politycznych cynizm i wyrachowanie bezdyskusyjnie grały znaczną rolę, czego przykładem niesławne słowa Henryka IV o Mszy Św. i Paryżu. Wpływ osobistej wiary zaważył jednak na losach niejednego panowania. Należy przyznać to otwarcie, uznając specyfikę metanarracji choćby Henryka VI, któremu osobista pobożność stanęła na przeszkodzie w pokonaniu opozycji lordów i zapobieżeniu wojnie domowej w Anglii.[10] Samo uwzględnienie takiej opcji nie wystarcza. Aby mieć względną pewność, iż dany przypadek nie był przykładem makiawelizmu, potrzebna jest znajomość realiów religijnych danej epoki, czyli poświęcenia jej badań. Ich proporcjonalnie niewielka ilość w polskiej publicystyce wydaje się być pokłosiem silnego oddziaływania modelu burckhardtowskiego na polską mediewistykę w czasach narzuconej wykładni marksistowskiej. Wyraźne świadectwo zdają się stanowić słowa prof. Eugeniusza Wiśniowskiego: ,,Problematyka różnorodnych zwyczajów, przesądów i wierzeń, które kształtowały postawę i mentalność mieszkańców ziem polskich w średniowieczu, czeka więc na opracowanie”. ,,W dotychczasowej literaturze sprawy te na gruncie polskim nie były w całości przedmiotem gruntowniejszych badań.”[11] Jedyne czym dysponujemy, ma związek z zagadnieniami raczej administracyjnymi: ,,jedynie W. Abraham dał szeroką i wszechstronną analizę wąskiego odcinka zwyczajów związanych z zawarciem małżeństwa w świetle ówczesnego prawa.”[12] Ta sama książka na setkach stron przedstawia dane o liczbie, lokalizacji, funkcjonowaniu czy wyposażeniu parafii. Luki informacyjne wynikają przeważnie z braku źródeł, choć nawet przy ich szczupłości intensywne poszukiwania stosujące szeroki wachlarz metod pozwalają sięgnąć wzrokiem daleko w przeszłość. Tylko w przypadku ,,zwyczajów, przesądów i wierzeń, które kształtowały postawę i mentalność mieszkańców ziem polskich w średniowieczu” napotykamy niemal na pustkę. Przypadki podawania błędnych przyczyn nawet kluczowych wydarzeń mogą rozkwitać swobodnie na tego rodzaju glebie. To, iż nie jest ona właściwą i nie dostarcza należnych podstaw do przechodzenia od zjawisk pojedynczych do uogólnień dobitnie pokazuje tych kilka cytatów poświęconych historii późnego zachodnioeuropejskiego średniowiecza: ,,Każdy, kto studiuje historię owych czasów, musi przy tej okazji stwierdzić, że wyprowadzanie genezy (…) stronnictw wyłącznie z przyczyn gospodarczo – politycznych – jak to czyni nowoczesna historiografia – jest motywacją niewystarczającą.”[13] ,,Ten, kto czerpie informacje tylko z urzędowych dokumentów, słusznie uważanych zresztą za podstawę do poznania dziejów, mógłby wyrobić sobie taki obraz tego odcinka historii średniowiecznej, jaki w istocie w niczym nie różniłby się od opisu polityki ministrów i ambasad XVIII stulecia. Ale obrazowi temu brakowałoby jednego ważnego elementu: jaskrawego kolorytu gwałtownej namiętności, która ożywiała zarówno narody, jak i władców.”[14] A oto konkretny przykład decyzji ludzi średniowiecza, w której sprawy wiary okazują się pierwszoplanowe: ,,Można by przypuścić, że schizma między Awinionem i Rzymem, nie mająca żadnej podstawy dogmatycznej, nie powinna też była rozbudzić żadnych namiętności religijnych”, ale: ,,Gdy Brugie przeszło od papieża rzymskiego do awiniońskiego, wielu ludzi opuściło wówczas miasto, aby w Utrechcie, Legie albo na innym terenie móc żyć według Uranowej obediencji swego stronnictwa.”[15] Wnioski te nie mogłyby zostać postawione nie tylko, gdyby wiara nie została wzięta pod uwagę, lecz również gdyby zabrakło jej pogłębionej znajomości. Nie wystarczy dowiedzieć się, że ludzie wierzyli, należy w miarę możliwość stan ten poznać, by określić jego możliwe powiązania z innymi elementami rzeczywistości duchowej danych czasów. Ponownie chodzi o kompletność obrazu, o przyznanie wierze należytego miejsca. Przykładowo, w bardzo bogatej i wyróżniającej się wszechstronnym spojrzeniem ,,Historii Kościoła” ks. Bolesława Kumora jako przyczyna walk obrazoburczych przedstawiona jest chęć zapewnienia jedności państwa w obliczu mahometańskiego zagrożenia. ,,Ludność Frygii [w której przeważali przeciwnicy kultu obrazów - F.R.] dźwigała w dużej mierze ciężar obrony państwa”[16] więc należało pozyskać jej poparcie poprzez opowiedzenie się za ikonoklazmem. Ważność tego powodu nie ulega wątpliwości, lecz trudno z jego pomocą w pełni wyjaśnić niebywałą zaciekłość rozpętanego konfliktu, zajadłego oporu mas w całym państwie: ,,większość ludu i mnisi stanęli na pozycjach przeciw cesarzowi.”[17] Jeśli postaramy się wniknąć w znaczenie kultu obrazów, łatwo odkryjemy przyczyny, dla których postawy mieszkańców cesarstwa nie udało się przełamać. Otóż ikona nie jest obrazem zamykającym siebie i oglądającego w zamkniętym kręgu doznania estetycznego. Jest tylko początkiem, pierwszym stopniem drogi wiodącej dalej, w głąb świata duchowego. ,,Dopiero, gdy pojmiemy to wewnętrzne ukierunkowanie ikony, zrozumiemy dlaczego Sobór Nicejski II i wszystkie następne synody podnoszące kwestię ikon dostrzegają w nich wyznanie Wcielenia, a ikonoklazm uważają za jego odrzucenie, za sumę wszystkich herezji. Wcielenie oznacza przede wszystkim to, że niewidzialny Bóg wkracza w przestrzeń widzialnego, abyśmy my, przywiązani do tego co materialne, mogli Go rozpoznać.”[18] ,,Ikonoklazm opiera się na teologii jednostronnie apofatycznej, która zna tylko owo całkowicie inne Boga będącego poza wszelkimi wyobrażeniami i słowami.”[19] Podczas gdy ikony pozwalają na świadomość, iż: ,,Bóg szuka nas tam, gdzie jesteśmy, lecz nie po to, abyśmy tam pozostali, lecz po to, abyśmy poszli tam, gdzie On jest”[20]. Reasumując: ,,w sporze o ikonę Chrystusa znajduje odzwierciedlenie głębszy spór o zdolność człowieka do bycia podobnym Bogu, a więc o jego zdolność do poznania prawdy.”[21] Czyż gotowość ludzi do znoszenia prześladowań w obronie ikon nie staje się dzięki tej wiedzy o wiele jaśniejsza, czyż ich postawa nie nabiera kolorów, barw życia? Spór o ikony dotykał nie tylko takiej czy innej dekoracji kościołów, sięgał do osobistej więzi z Bogiem. Za nią ludzie gotowi byli umierać i iść na wygnanie. Wiara domaga się takiego samego zainteresowania historyka jak jej zaprzeczenie – niereligijne wykorzystanie doczesnych struktur, wzniesionych w jej imieniu. Oba te pierwiastki dziejów są tak samo ludzkie, a niechęć do poważnego traktowania jednego z nich odbiera znaczenie drugiemu.[1] Joseph kard. Ratzinger, Nowa pieśń dla Pana, Kraków 2005, s. 23 [2] Philip Earl Steele, Nawrócenie i chrzest Mieszka I, Warszawa 2005, s.9 [3] ibid., s. 15 [4] ibid. s. 13 [5] ibid. s. 14 [6] ibid., s.48 [7] ibid., s.12 [8] ibid., s. 36 [9] Józef Keller, Katolicyzm, b.m.w. 1997, s. 35 [10] Richard Mackenney, Europa XVI wieku, Warszawa 1997, s. 88 [11] Eugeniusz Wiśniewski, Parafie w średniowiecznej Polsce, Lublin 2004, s. 229 [12] ibid. [13]Johan Huizinga, Jesień Średniowiecza, Warszawa 2003, s. 42-43 [14]ibid., s. 41 [15]ibid., s. 44 [16] Ks. Bolesław Kumor, Historia Kościoła, t. II, Lublin 2003, s. 55 [17] ibid., s. 56 [18] Joseph kard. Ratzinger, Duch liturgii, Poznań 2002, s. 111 [19] ibid., s.112 [20] ibid., s.111-112 [21] Joseph kard. Ratzinger, Nowa pieśń dla Pana, Warszawa 2005, s. |